Upadek rejestru .UE
Domeny .UE były bardzo popularne wśród mieszkańców Uealndii a także inwestorów z wielu krajów w tym Niemiec i Polski. Uealandia za swoimi 20 milionami mieszkańców i PKB w wysokości 21 tys. dolarów na głowę była przeciętnym, ale dynamicznie rozwijającym się krajem na pograniczu Azji i Europy. Uelandia nastawiona na handel zarówno tradycyjny jak i elektroniczny starała się wykorzystywać potencjał drzemiący w Internecie.
Przy 15 milionach mieszkańców, rejestr .UE obsługiwał prawie 3 000 000 domen. Inwestorzy zarówno z Uelandi, z Europy Zachodniej i Stanów Zjednoczonych zainwestowali wiele milionów dolarów w domeny z rozszerzeniem .UE. Ceny domen .UE na Sedo dochodziły do 20 – 30 tys. dolarów. Domeny premium .UE sprzedawały się nawet za kwoty powyżej 200 tys. dolarów. Wydawało się, że inwestycje w domeny .UE są nawet pewniejsze niż zakup nieruchomości nad Lazurowym Wybrzeżem. Nic nie zapowiadało nadchodzących problemów. Rok 2012 domeny .UE zakończyły 15 proc. wzrostem. Przy marazmie jaki panował w innych rejestrach, gdzie wynik 3 proc. wzrostu uważany był za wysoki, domeny .UE jawiły się jak Eldorado.
Styczeń 2013 zaczął się dla .UE fatalnie. 4 stycznia domeny .UE przestały być dostępne. Operatorzy .UE zidentyfikowali problem jako atak DDoS. Współpraca z ISP z Uelandii była w miarę efektywna – w ciągu 4 godzin udało się zablokować większość lokalnych źródeł ataku. Niestety rejestr .UE był całkowicie nieprzygotowany do współdziałania z operatorami z innych krajów. Do tego dochodziły kwestie geopolityczne. W efekcie źródła ataku z Rosji oraz Gruzji (sąsiedzi Uealandii), i wielu krajów Azji i Europy, nie zostały szybko wyeliminowane, co spowodowało, że wiele serwerów DNS rozsianych po świecie także przestało odpowiadać. Pomimo trudności we współpracy udało się dopiero po 12 godzinach zatrzymać atak DDoS. Nie udało się ustalić autorów ataku, a dotychczasowe zaufanie w techniczne zdolności rejestru zostało podkopane. Niektórzy abonenci, szczególnie banki oraz portale społecznościowe, grozili pozwami sądowymi i żądaniem odszkodowania, ale prawnikom rejestru .UE udało się odrzucić argumenty, jakoby do 12 godzinnego blackoutu przyczyniły się zaniechania po stronie rejestru.
Niestety blackout 4 stycznia nie był jedynym problemem rejestru z Uelandii. Pożar budynku rejestru .UE 18 stycznia, gdzie mieściły się nie tylko biura ale także serwerownia, spowodował dalsze problemy z dostępem do DNS oraz możliwości zarządzania domenami. Brak możliwości obsłużenia wpłat spowodował, że wiele domen wygasło, w tym domena największego banku Uealndii – „UE Bank”. Co gorsze, po przywróceniu funkcjonowania systemów, zamiast przywrócić domeny ich poprzednim abonentom, domeny zostały zarejestrowane przez amatorów „drop-catching’u”. Proces wyjaśniania zajął ponad dwa tygodnie, a Abonenci (lub raczej „byli” abonenci) liczyli straty w setkach tysięcy. Od strony technicznej wszystkie problemy udało się rozwiązać dopiero po dwóch miesiącach. Niestety, na tym się nie skończyło. Ponad 5 000 pozwów trafiło do sądów w Uealandii. Pozywały banki, portale, większe i mniejsze firmy z Uealandii i całego świata. Na początku rejestr starał się rozwiązywać sprawy polubownie, aby zachować w miarę pozytywny PR, a Zarząd, żeby zachować stanowiska. Szybko narastające kwoty odszkodowań okazały się przekraczać możliwości rejestru. Według „Uelandia Daily” kwota wypłat między lutym a marcem 2013 osiągnęła prawie 7 milionów dolarów. Cierpliwość posiadaczy domen szybko się skończyła. Abonenci zasypali sądy w Uelandii sprawami o odszkodowanie.
Oprócz problemów z odszkodowaniami dla abonentów, rejestr UE nie uporał się z konsekwencjami pożaru. Prokuratura ustaliła, że pożar był wynikiem zaniechań ze strony rejestru .UE. Oprócz straty biura i serwerowni, całkowitemu zniszczeniu uległo ponad 7 kondygnacji w budynku zwanym „Uelandzkim WTC”. Rachunek wystawiony przez zarządcę budynku opiewał na ponad 2 miliony dolarów. Szybko okazało się, że rejestr .UE nie ubezpieczył swoich pomieszczeń ani nie wykupił polisy OC. Do 7 milionów dolarów odszkodowań dla abonentów doszło 2 miliony dolarów odszkodowania za zniszczenia.
Rejestr .UE nie był biedną firmą. 3 miliony domen, każda w cenie 5 dolarów dawały roczne przychody na poziomie 15 milionów dolarów. Niestety kolejne sprawy w sądzie wygrywane przez abonentów podwyższyły kwotę zobowiązań już w czerwcu 2013 do 18 milionów dolarów. Do tego rejestr musiał wypłacić 4.5 miliony odszkodowania dla 43 ofiar pożaru oraz pokryć koszt zakupu nowej infrastruktury technicznej i koszty wynajmu biura w wysokości 1.5 miliona. W mediach zaczęły się pojawiać informacje o niewypłacalności rejestru. Dotychczas w powszechnej świadomości rejestr traktowany był jako coś stałego i bezpiecznego. Rejestr Ulandii miał jednak charakter spółki kapitałowej podlegającej tym samom prawom gospodarczym co wszystkie inne podmioty gospodarcze.
Sytuacją finansową rejestru i możliwe konsekwencje zaniepokoiły inwestorów domenowych z zagranicy. Zaowocowało to nawet interwencją dyplomatyczną ze strony Minister Spraw Zagranicznych Niemiec, pani Eriki Szrajnbrach oraz polskiego Premiera, pana Janusza Plakilota. Wydawało się, że w wyniku nacisków, rząd Uelandi będzie gotowy pokryć długi rejestru, ale ujawniona w lipcu afera z nielegalnym sponsorowaniem kampanii telewizyjnej jednego z ministrów przez rejestr .UE całkowicie zamknęła drogę do takiej możliwości pomocy.
Upadek rejestru był medialny, ale szybko okazało się, że syndyk zdając sobie sprawę z istotności rejestru narodowego zdecydował się utrzymać jego funkcjonowanie do czasu rozstrzygnięcia przetargu, w którym miał zostać sprzedany rejestr nowemu inwestorowi. Wszystko zmierzało w kierunku pozytywnego dla abonentów rozstrzygnięcia (było dwóch poważnych inwestorów gotowych zapłacić po 350 milionów euro za rejestr), kiedy okazało się, że jeden z poszkodowanych abonentów pozwał rejestr .UE przed sądem w Los Angeles. Zabezpieczeniem roszczenia miało być prawo do domeny najwyższego poziomu (.UE) utrzymywanej na serwerach root przez ICANN. Sędzia nakazał usunięcie wpisów w strefie root dla domeny .UE, a po trwającym 3 miesiące procesie przeniesienie praw do .UE na rzecz powoda. Interwencja Departamentu Handlu, który argumentował, że domeny ccTLD są „własnością” poszczególnych krajów nie zdała się na nic. Rząd, rządem, ale Zarząd ICANN nie chciał ryzykować odpowiedzialności cywilnej i karnej przed sądem w USA, i wykonał wyrok sądu, przenosząc prawa do użytkowania .UE na rzecz powoda. Ponowne uruchomienie rejestru nastąpiło z wielką pompą we wrześniu 2014 roku. Nowy zarządca rejestru przywrócił część domen, część została potraktowana jako wygasłe i sprzedana nowym inwestorom. Wartość pozostałych domen przestała mieć jakiekolwiek znaczenie. Każdy bał się inwestować w domeny .UE, a firmy z Uelandi zdecydowały się na wybór bezpieczniejszych .COMów. Wielu inwestorów dopiero wtedy uświadomiło sobie, że na liście zagrożeń, oprócz takich oczywistych ryzyk jak chociażby odebranie domeny w arbitrażu, mogą być kłopoty finansowe, techniczne i prawne rejestru, a w ostateczności nawet upadek i przejęcie rejestru.
Inwestorzy zrozumieli też, że znana z rynków finansowych zasada, aby nie inwestować wszystkiego w tą samą firmę powinna mieć zastosowanie także w przypadku domen.



29.09.2010 

