Utinam falsus vates sim…
Lato, plaża, 31 stopni Celcjusza (w Polsce), lenistwo…Temat też musi być więc wakacyjny. A tym tematem jest przyszłość domen internetowych. Wiem, koledzy z AZ.PL mnie zabiją, że odstraszam im klientów, ale trzeba się zastanowić nad przyszłością naszej obecności w sieci. Jak będzie wyglądała za kilka lat… Czy nadal będziemy wklepywać nazwy domen, żeby trafić na poszukiwane informacje? Czy wszystko zastąpią wyszukiwarki? A może przejdziemy w zupełności na portale społecznościowe? A może pojawi się coś innego, co zastąpi nazwy domen?
![]() |
Jak donosi VeriSign w swoim raporcie kwartalnym dotyczącym rynku domen na świecie, w kwartale pierwszym 2010 roku, ilość domen zarejestrowanych w domenach najwyższego poziomu (ok, z pewnym przymrużeniem oka – raport obejmuje to także nazwy w niektórych SLD – Second Level Domains – np. COM.FR czy COM.PL) przekroczyła 193 miliony (ze wzrostem 6 proc. rok do roku), przy jednoczesnym spadku ilości domen ccTLD (czyli narodowych) do poziomu 76 milionów sztuk (czyli o 2.9 proc. kwartał do kwartału – gigantyczny spadek).
Prawie 200 000 000 domen to całkiem ładna liczba. Jeśli do tego dodamy domeny kolejnego poziomu (np. w domenie blogspot.com), to otrzymamy zapewne wartości znacznie przekraczające te 200 milionów sztuk. Jednocześnie ilość użytkowników internetu szacuje się na koniec roku 2009 na ponad 1 miliard 800 milionów ze wzrostem ok. 4 proc. rocznie.
Porównując ilość domen z ilością użytkowników, możemy dojść do wniosku, że domeny nie są czymś, co zaprząta głowę wszystkich internautów… Domeny są nam niezbędne generalnie w dwóch celach:
- żeby mieć bezpośredni adres dostępu do określonej zawartości (np. serwis informacyjny, strona banku),
- żeby móc wysyłać e-mail.
Dostęp do treści poprzez „direct navigation” przestaje być istotny w kontekście mechanizmów wyszukiwarek, gdzie nowe funkcje (tak jak sortowanie po czasie umieszczenia informacji) dają znaczną przewagę nad statycznym adresem URL. Po co komu wchodzić na stronę i wyszukiwać tam nową zawartość – nie lepiej jest wyszukać to poprzez Google, Binga czy co tam kto woli? Wtedy też nie ma znaczenia dla nas nazwa domeny – wejdziemy na stronę, która najlepiej pasuje do naszego zapytania…
Drugi powód – i chyba ważniejszy – żeby używać nazw domen (i zabiegać o jak najbardziej atrakcyjne), to użytkowanie e-maila. Dla firm oczywiste jest, że należy mieć adresy e-mail w swojej domenie. Dla pozostałych osób, nie ma kompletnie znaczenia czy adres będzie w jakiś sposób z nimi związany (np. nazwisko.com) czy też będzie to adres oferowany przez google, onet czy inny serwis.
Dawno temu, internauci „średnio-starszego” pokolenia (przepraszam Jarku za wykorzystanie Twojego hasła) jeśli chcieli coś umieścić w internecie, tworzyli własne strony w HTML-u. Na początku były to zazwyczaj strony w adresie uczelni (typu: adres-domeny/~użytkownik), później, kiedy domeny zaczęły być popularne a ceny hostingu przestały straszyć, pojawiły się „strony domowe”. Teraz tendencja się odwraca – jeśli chcemy być zauważeni, musimy wykorzystywać portale społecznościowe. I tak treść umieszczamy np. na Facebooku czy Twitterze (a zazwyczaj i tu i tu). Liczenie, że ktoś wejdzie na „naszą” stronę domową przestało się opłacać – nasz „content” musi pojawić się na stronach naszych „przyjaciół”, a jeśli chcemy być zauważeni, to musimy w miarę często aktualizować zawartość i pozyskiwać osoby, które zechcą z nami się „połączyć” w sieci społeczne.
Należy więc zadać sobie pytanie – czy dla młodej osoby, która zaczyna swoją przygodę w sieci istotne jest posiadanie własnego „adresu” czyli domeny? A jeśli tak to czy ma to być adres „tradycyjny” typu .COM czy też adres będący zestawem odnośników do innych portali (a więc domena .TEL). Czy warto jest namawiać młodego internautę do założenia „własnej” strony, czy dla niego nie lepszym rozwiązaniem jest utworzenie profili na portalach typu Facebook?
A jeśli tak, to jakie znaczenie ma dla niego „wyróżniający” identyfikator? Patrząc na dwa najbardziej popularne portale czyli Facebook oraz Twitter widać, że „identyfikator” (username?) przestaje mieć jakieś istotne znaczenie. Wyszukujemy osoby po imieniu i nazwisku i trafiamy na właściwą, albo dostajemy zaproszenie od takiej osoby i klikamy „tak”. Nie potrzeba ID (domena; adres IP-kto jeszcze coś takiego pamięta?) takich, jakimi posługiwali się… no właśnie – jakimi MY (starzy) się posługujemy. Ale czy faktycznie się nimi posługujemy? Czy nie wolimy promować naszej działalności (czy to prywatnej czy służbowej) na portalach zamiast w statycznych informacjach na naszych stronach?
Podobnie jak z adresami stron, sprawa dotyczy adresów komunikatorów internetowych. Kto walczyłby o ciekawy adres skoro najprościej wyszukać po imieniu i nazwisku lub adresie e-mail. A i tak zapewne nasz znajomy po prostu nam prześle swój kontakt lub wymienimy się podczas imprezy. Ba, kontakt do nas będzie można znaleźć na Facebooku. A po co szukać, przecież Facebook ma własny wbudowany komunikator.
No dobrze, a co z firmami? Czy one też będą odchodziły od walki o atrakcyjne adresy internetowe? Ci najwięksi zapewne nie, ale ci mniejsi będą zakładali swoje sklepy w wirtualnych pasażach. Dostaną wszystko co potrzeba a pozyskiwać klientów będą poprzez dobry opis oferty (żeby się lepiej wyszukiwało) niż przez drukowanie ulotek…
Pytanie więc, kiedy apetyt na domeny internetowe zostanie faktycznie zatrzymany. Tak jak ilość zainstalowanych telefonów stacjonarnych zaczęła spadać w pewnym momencie, tak zapewne dojdzie do sytuacji, kiedy popyt na domeny internetowe zostanie zahamowany. Pytanie co zaoferują wtedy firmy takie jak AZ.PL, NetArt czy GoDaddy? Po co komu będzie coraz większa przestrzeń na serwerze, skoro nasz „content” będzie na Facebooku albo Blogspocie? Po co nam certyfikaty SSL, skoro nasz sklep będzie miał certyfikat „super sprzedawcy Allegro”? Skoro ktoś chce sprzedawać hurtowo ciupagi, to nie będzie zakładał własnej strony, pozycjonował jej, zabezpieczał, tylko wybierze ofertę zbudowania strony na wirtualnym pasażu handlowym, gdzie dostanie wszystko co potrzebne. OK, zapewne będzie chciał własną domenę, ale już budowa własnej strony, zarządzanie kontami i tym podobne nie będą go interesowały. Być może założy ten swój sklep bezpośrednio na Facebooku, który stanie się za kilka lat także platformą handlową. A może sklep założy na Skype, gdzie już teraz ma przelewy finansowe – być może Skype wprowadzi moduł do publikowania oferty handlowej a adres sklepu to będzie zwykły identyfikator Skype? I wtedy już „small business” nie będzie musiał korzystać z oferty hostingu. Owszem zakładając sklep (w przyszłości) na Skype czy Facebook nie będziemy docierali w prosty sposób do wszystkich – ale w sumie, te kilkaset milionów użytkowników wystarczy do rozkręcenia biznesu.
Wzrost ilości odwiedzin Twittera rok do roku to 1100 proc. czyli jedenastokrotnie. Ilość wysyłanych Twittów wzrosła natomiast o 1 400 proc. Ilość użytkowników to… 105 779 710 – a więc ponad 100 milionów odpowiedników „domen”. A przyrost 300 000 użytkowników dziennie, sugeruje, że domeny zostaną niedługo zdystansowane. Podobnie Facebook – 400 000 000 zarejestrowanych użytkowników – dwa razy tyle ile zarejestrowanych domen… A każdy użytkownik tworzy ponad 70 „informacji” na miesiąc w Facebooku – kto miałby tyle siły żeby aktualizować swoją stronę domową tyle razy…
Przyszłość domen nie jest jednoznaczna. Domenom zagrażają portale społecznościowe, gdzie nazwa domenowa nie ma znaczenia. Podobnie usługi hostingowe – być może „Hosting 2.0” – zupełnie inny niż to co teraz jest rozumiane jako „hosting” – będzie dostarczał Facebook albo Skype?



14.07.2010 

