Google zarabia pół miliarda dolarów na działaniach typosquattersów?

Google zyskuje ogromne pieniądze z działań typosquattersów, którzy wykorzystują reklamodawców, wynika z badań Tyler’a Moore’a i Ben’a Edelman’a z uniwersytetu Harvarda.

Właściciele domen wykorzystujących zjawisko typosquattingu umieszczają na nich reklamy z nadzieją, że zostaną kliknięte przez internautów, którzy przypadkowo trafią na stronę klikną. Moore i Edelman, którzy mają na swoim koncie szereg opracowań dotyczących działalności Google, szacują, że korporacja zarabia około 500 mln dolarów rocznie na tego typu działaniach. Aż 57 proc. „typo-domen” zawiera reklamy Google.

Sam Edelman stał się rzecznikiem reklamodawców – jak donosi na swoim blogu, zidentyfikował ostatnio nowy rodzaj nadużyć, które nie tylko symulują kliknięcia w reklamy Google, ale również robią pozorne zakupy na stronie docelowej.

Artykuł naukowców znaleźć można pod tym adresem (.pdf)

  • Marek

    Celem reklamy jest dotarcie do odbiorcy. Jeżeli dotarła, to jej zadanie zostało spełnione. Wydaje mi się, że tu mylone są dwie sprawy: podszywanie się pod czyjąś markę lub domenę, i reklamy. Wątpię, żeby reklamodawcy szczególnie zależało na dotarciu przez jedną określoną stronę. Jeżeli tak jest, to wykupuje na niej reklamę. Nikt internauty nie trzyma za rękę: chce to klika. Piosenkarza nie interesuje, że jego płyta został sprzedana przez sklep, którego właściciel nie płaci czynszu lub jest oszustem: dla niego ważne, że sprzedano legalnie jego płytę. Co innego, to udawanie innej strony (ostatnio na jednej z aukcji krajowych ktoś wystawił „lnteria” przez „L” z logo interii!- zapewne jakiś gówniarz z pomysłem jak zarobić na wakacje). Jeżeli ja kliknę w reklamę, to jest to mój wolny wybór – widocznie chciałem: reklamodawca uzyskał klienta. Nie mam na czole napisane, że przez stronę udającą inną. Nie jestem też gorszym klientem. Nie interesuje mnie kto po drodze zarabia. Chyba, że klikałem w reklamy na swojej stronie. Motorem badań mogli być ci, których domeny są podrabiane, bo to oni ewentualnie tracą: ktoś klika nie na ich stronie. To niech skarżą jego (właściciela strony) do sądu, a nie rączkami googla chcą, nie pocąc się, sprawę załatwić. Panowie z Harvardu szukają pieniędzy i są sfrustrowani (chyba, że już dostali, żeby zrobić te badania). Może mają nadzieję na dogadanie się z google jak robią to u nas pseudo organizacje ekologiczne? Wystarczy zrobić jakiekolwiek pseudo badania i ich wyniki publikować i zarabiać pieniądze. A, że bzdury? Kogo to obchodzi?