Walka o .eco papierkiem lakmusowym pomysłu ICANN

Przykład końcówki .eco, o którą walczy kilka różnych podmiotów pokazuje, że projekt i sposób wprowadzenia nowych rozszerzeń forsowany przez ICANN, zamiast ubogacać internetową rzeczywistość, może oznaczać jej dalsze – również polityczne – podziały, a już na pewno – komplikacje.

Jungle Treehouse
Creative Commons License photo credit: René Ehrhardt

Niejako po dwóch stronach barykady .eco znaleźli się Al Gore i Michaił Gorbaczow. Były wiceprezydent USA wspiera aplikację organizacji Dot Eco, a ostatni (i jedyny) prezydent ZSRR – kanadyjską grupę Big Room.

Big Room obiecuje, że przekaże 25 proc. zysków, które wygeneruje dzięki .eco na cele społeczne i środowiskowe. Pytanie tylko – kto będzie decydował, gdzie trafią te pieniądze? Organizacja zapowiada, że będzie otwarta w tej kwestii na sugestie swoich klientów.

Związana z Gorbaczowem firma ogłosiła również, że będzie przyznawać domeny .eco tylko tym podmiotom, które są „zielone”. .Eco będzie więc, podobnie jak na przykład .travel, końcówką ograniczoną do pewnej tylko części odbiorców. Pytanie: kto (i co) będzie decydował o tym, czy dana firma lub organizacja jest „zielona”? Tu znów pomocni mają być klienci Big Room.

To zapewne dopiero początek prawdziwej batalii o rozszerzenie .eco. Pokazuje ona, że nawet najlepsze chęci ICANN mogą oznaczać niezłe zamieszanie w świecie domen.

Źródło: TheDomain